FANTASTYKA

Fragment pierwszy


S

iwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” wcielił się z wyczuciem w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego. Nie pierwszy raz udzielał ślubu na kosmicznych szlakach. Włożył galowy mundur jak spod igły, a przejętych nowożeńców powitał z godnością. Elegancki i nobliwy, dał im odczuć wyjątkowość chwili.

Dystyngowany pan młody wyglądał na sześćdziesiątkę lub siedemdziesiątkę, a choć usilnie pozował na cywila, nietrudno było zgadnąć, że jest byłym wojskowym. Bez reszty mu oddana dziewiętnastoletnia panna młoda wywoływała prawdziwy podziw i admirację. Wyrzeźbiona boskim dłutem w sposób perfekcyjny, emanowała rzadkim powabem i czarem. Towarzyszyła mu z uśmiechem Giocondy na ustach, pełna słodyczy i spokoju. Przewidziana na tę okoliczność ceremonia nie trwała długo, tym niemniej przebiegała z należytą powagą, zgodnie z pokładowym rytuałem.

Kapitan wygłosił kwieciste przemówienie, pełne górnolotnych pochwał życia małżeńskiego, a potem przystąpił do sakramentalnych formuł, z namaszczeniem zwracając się do stojącej przed nim pary:

— Afrodyto, czy pragniesz — lekko skłonił się w jej stronę — stać się towarzyszką doli i niedoli tego oto... Raoula? — imię mężczyzny na krótką chwilę uleciało mu z pamięci. — Czy ślubujesz mu oddanie i wierność? Czy godzisz się z tym, że małżeństwo z nim będzie cię wiązać wszędzie, gdzie by cię los nie rzucił — nie tylko w Układzie Słonecznym, ale i w niezmierzonych przestrzeniach Galaktyki Drogi Mlecznej?

Porywająca młódka słodko przytaknęła.

— Po stokroć tak — oświadczyła bez wahania.

Potem Raoul usłyszał podobne pytania, skierowane do siebie. Potwierdził je z jaśniejącym ze szczęścia obliczem i uśmiechnął się do młodej damy.

— Jesteście mężem i żoną — pompatycznie skwitował mistrz ceremonii, zamykając przepastną księgę.

Triumfalnie zabrzmiał Marsz weselny Mendelssohna. Stojący z tyłu w charakterze świadków dwaj pokładowi oficerowie w odświętnych mundurach skwapliwie pośpieszyli z gratulacjami. Wcześniej ich pouczono, że pannę młodą wolno im pocałować tylko w rękę. Od stewardessy w imieniu załogi Afrodyta otrzymała ogromny bukiet białych róż, pasujący do jej może przykrótkiej, ale przepięknej ślubnej sukni, która kosztowała Raoula krocie. Potem tradycyjnie strzelił korek szampana. Podzielono pokryty białym lukrem tort weselny. Na koniec szczęśliwi nowożeńcy mogli udać się do apartamentu.

Raoul postanowił zadośćuczynić pradawnemu obyczajowi, pochodzącemu z Ziemi. Zatrzymał się przed otwartym wejściem, wziął swą żonę na ręce i z dumą przeniósł ją przez ledwo znaczący się próg.

— Zatem witaj w domu! — oznajmił uroczyście.

— W domu? — zaniepokoiła się, gdy uwolniła się z jego objęć.

Czasami mówił coś, czego nie rozumiała — i tym razem nie było inaczej. Czarowne konkubiny programowano na bezgraniczne i podobne do psiego oddanie, a nie na uświęcone tradycją małżeństwo. Niestety, zero partnerstwa! Nie miała narzucać swojej woli mężczyźnie, który ją nabył, lecz odgadywać jego życzenia, bez zastrzeżeń godzić się z jego kaprysami i wiernie służyć mu swoim ciałem, na każde żądanie dostarczając rozkoszy.

Zmarszczył brwi, uzmysławiając to sobie z nieopisanym bólem. Nie był w stanie sprawić, żeby Afrodyta przedzierzgnęła się w połowicę z prawdziwego zdarzenia, nawet gdyby nie wiadomo jak bardzo się o to starał. Nie mogła go okrzyczeć i zwymyślać ani ze złością cisnąć w niego talerzem, manifestując gniew i irytację, czy też ostentacyjnie zatrzasnąć mu przed nosem drzwi sypialni i kazać mu spać na kanapie. Wrócił myślami do kapitana kosmicznej fregaty i jego przemiłych oficerów. Gdyby brał ślub z androidem klasy trzeciej lub czwartej — z mechanicznymi odruchami i nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą — na pewno popisaliby się równie wielką kurtuazją i galanterią. Im było w gruncie rzeczy wszystko jedno z kim lub z czym się żeni.

— Och, to tylko taka przenośnia... — wychrypiał ze skrywanym żalem.

Z wdziękiem i gracją przysiadła na okrągłym łożu, które zajmowało środek salonki. On zaś pochylił się i z niemal ojcowską troską zdjął jej z nóg białe czółenka. Nadal była jego niewolnicą i aż nadto jednoznacznie odczytała tkliwy gest.

— Chcesz się teraz kochać? — zapytała, a jej aksamitny głos — jak zwykle w takich chwilach — zaczynał niepokojąco wibrować, zapowiadając ekstazę i upojenie.

— O, tak! — skwapliwie potwierdził. — Ale nie zdejmuj tej przepięknej sukni ślubnej — szybko sobie zastrzegł. — Sam cię od niej, najdroższa, uwolnię.

Gdy później zasnęła, równomiernie oddychając, długo wpatrywał się w jej niewinną i słodką twarz. Chodziły mu po głowie szczenięce lata. Z rękami w kieszeniach wyżywał się na przypadkowych kamykach, przedzierając się przez wyimaginowaną linię obrony i celując w niewidoczną bramkę albo rzucał kasztanami w niebo, usiłując strącić swojego anioła stróża i przywołać go do porządku. Bowiem jego anioł stróż nie był w porządku. Cóż, nie każdy chłopak mógł mieć tę dziewczynę, którą chciał. Jego szkolna miłość wybrała innego — i od tamtej pory nigdy więcej się nie zadurzył. Aż do chwili, w której pierwszy raz fizycznie posiadł Afrodytę. Coś mu wszakże mówiło, że nie powinien był zakochiwać się w androidzie.

Cicho załkał, uprzytamniając sobie, jak bardzo jest opuszczony i samotny, a po jego policzkach spłynęły gorzkie łzy. Ona też była bardzo samotna. Ironia losu sprawiła, że mieli tylko siebie.