FANTASTYKA

Fragment drugi


O

winięta ciemną opończą wściekle zmysłowa madonna stała na środku salonu, powściągliwie rozglądając się dokoła i w skupieniu badając wzrokiem marmurowe ściany i kolumny. Zauważyła go wchodzącego i strzeliła okiem w jego stronę. Nie ruszyła się z miejsca. Nawet nie drgnęła. Należała do tych błyskotliwych kobiet, które świadome swej niezwykłej urody bez obawy mogły spoglądać na mężczyzn z góry.

— Nareszcie — z rozczuleniem rozłożył ręce. Nie przeraził się dystansu, jaki usiłowała stworzyć, a jej widok zdmuchnął chłód z jego twarzy. — Witajże w domu — gościnnie rzucił, podchodząc bliżej i z rozrzewnieniem lustrując jej sylwetkę. Wyglądała bosko, dokładnie tak, jak się spodziewał. Żadnej fuszerki. Przyjaźnie cmoknął jej wąską dłoń i musnął wargami jej policzek, co przyjęła obojętnie, bez zmrużenia oka. — Na Boga, prześlicznie wyglądasz. To ja, Raoul Dupont, nie poznajesz mnie? — przełamywał pierwsze lody. — A Afrodytę już widziałaś... — zademonstrował swoją dobrą wolę, wywiązując się z obowiązków gospodarza.

Jej twarz rozjaśnił wreszcie blady uśmiech.

— To ty, Raoulu? Naprawdę? Pierwszorzędnie, że tu jesteś — rzekła, jakby dopiero w tym momencie pojmując, kogo ma przed sobą. — Tak się obawiałam...

— Czegóż to? — nieznacznie się zaciekawił, lekko przekrzywiając głowę.

— Tego, że... cię... nigdy... nie ujrzę — nieskładnie wybąkała, plącząc słowa.

Jeszcze przez chwilę w upojeniu sycił nią wzrok. Jej ciemno-brązowe kręcące się włosy były zawiązane w koński ogon. Delikatny makijaż podkreślał zmysłowe usta, wprost stworzone do całowania.

— Zdejmij tę opończę — zachęcił ją. — I chodź, pokażę ci twoje gniazdeczko. A ty — zwrócił się do asystującego im wiernie blond anioła — zrób coś na ząb, jeśli możesz. Bądź tak dobra! Proszę! Pewno nasz gość jest głodny po podróży.

Ściągnął z niej wierzchnie okrycie, rzucając je na fortepian i objawiła mu się w całej krasie. Oślepiła go feerią swych zachwycających kształtów. Oniemiał z wrażenia. Jej młode ciało było niczym wyrzezane przez niedościgłego mistrza, a zdobiła je tak podniecająca kreacja, że z miejsca przeszył go szaleńczy dreszcz pożądania. Odrobina złota, przez które przebijała się czerń. Eleganckie przykuse bokserki i równie skąpy finezyjny kaftanik, ledwo co mieszczący piersi. Zachwiał się z wrażenia pod wpływem tego negliżu, jakby dostał czymś tępym w głowę, a nogi pod nim niebezpiecznie się ugięły.

Zachłannie dygocąc, prawie pijany poprowadził ją po schodach na górę. Nigdy w życiu nie był tak podniecony. Kto tę ponętną młódkę wypuścił w drogę w tak bezwstydnie skąpych ciuchach? Wspinała się majestatycznie i powoli, przy tym jednak z ogromną lekkością, która kazała się domyślać, że rysujący się przed nią dystans byłaby w stanie pokonać jednym susem gibkiej pantery.

Na piętrze mieścił się apartament Afrodyty i tam ją zaprowadził w pierwszej kolejności. Potem powiódł seksbombę na drugą stronę.

— No i jak? Z gustem urządzone? — z odrobiną onieśmielenia zapytał, gdy weszła z nim do środka. Stawał na głowie, żeby tam było ładnie.

Rozejrzała się bez uśmiechu i można było podejrzewać, że wygląd tej komfortowej dziupli nie ma dla niej żadnego znaczenia.

— Jasne — odpowiedziała leciutko chrypiącym głosem, jakby pozostały jej w gardle resztki z inkubatora. — Jeżeli tobie się podoba, to mnie też. Nie może być inaczej...

Nie wytrzymał męczącego go napięcia, odważył się i objął ją w pół, czując rozkoszne bicie serca. Waliło jak młot, domagając się spełnienia. Pogryzłby sobie do bólu palce, gdyby musiał czekać.

— Jesteś bardzo zmęczona? Chcesz się teraz kochać? — porywczo poddał jej tę myśl i oblała go nagła fala gorąca.

— Czy chcę się teraz kochać? — chodząca pokusa chwileczkę się wahała, jakby pytania z tego portfela nie były jeszcze dla niej oczywiste. — Z tobą? Jasne, że chcę — powolutku odparła. Obrzuciła wzrokiem kryty błyszczącą kapą szeroki tapczan, zajmujący środek jej przybytku, a potem drżącego z podniecenia Raoula. — Zaraz będę gotowa — potulnie odrzekła. — Poczekaj na mnie, kochany, to nie potrwa długo — dodała, ale tak obojętnie i beznamiętnie, jakby była androidem klasy drugiej lub trzeciej.

Pojął, że porywa go rwąca rzeka. Rzucił się na miękkie łoże, ściągając przez głowę bluzę i pozbywając się szortów. Nie musiał się niecierpliwić. Skorzystała z kabiny regeneracyjnej i wróciła w trzy minuty, owinięta w wąskich biodrach jedynie włochatym ręcznikiem. Zdjęła go, z wdziękiem układając się obok niego. Czuł dojmującą rozkosz, kiedy ją dotykał. Nie bawił się w żadne wstępy, zresztą nie byłby do nich zdolny. Wpił się z rozkoszą w jej usta, zgniótł piersi, a potem niecierpliwie wdarł się między jej uda. Zabrała go winda do nieba. Nim się obejrzał, eksplodował z dzikim jękiem.

— O, moja mamo! — wymamrotał. Były takie chwile w życiu, które nie miały ceny.

Ogarnął go raptem błogi spokój. Przymknął oczy, przewracając się na wznak. Przetarł zroszone potem czoło. Ciężko dyszał. Wrócił do niego w wyobraźni niby jakiś talizman koszyk pachnących dzieciństwem pomarańczy. Zmysły mu się wyostrzyły i wydawało mu się, że słyszy drobne dźwięki, dochodzące z drugiego krańca willi. „Wrażliwość na bodźce?” Po chwili jednak te sensacje ustąpiły i wszystko wróciło do normy.

Uniosła się i z wdziękiem się podparła. Można było odnieść wrażenie, że dopiero teraz uczy się jego twarzy i wbija sobie w pamięć każdy jej szczegół, oczy, nos, uszy, czoło i brwi.

— Było ci dobrze? — rozbrajająco zapytała, kiedy już nasyciła wzrok. Chrypka jeszcze jej nie ustąpiła. — Odpowiadam ci?

Podniósł na nią zamglone oczy.

— Było bosko, jesteś cudowna — szepnął wzruszony, dziwiąc się jej pytaniu. — Najcudowniejsza na świecie.

— Nie wyrzucisz mnie jak śmiecia? — z uporem się upewniała, jakby z jakiegoś powodu była w głębi duszy o krok od rozpaczy. — Nie odepchniesz mnie od siebie?

Jeszcze bardziej się zdziwił. Pojął, że Iryda zachowuje się inaczej niż Afrodyta. Nie była jej wiernym odbiciem, na co pewnie podświadomie liczył, przyzwyczajony do tamtej panny i jej łatwych do zaakceptowania nawyków.

— Ma się rozumieć, zostaniesz ze mną na zawsze — bez wahania zasłonił się wiadomą obietnicą bez pokrycia. Tak się przecież mówiło androidowi. — Ze mną i z tamtą panną.

Ucałowała ze czcią jego dłoń. Delikatnie pogładził jej włosy, ze zgrozą odkrywając, że z jej oczu spłynęły dwie łzy.

— To ze szczęścia — wyjawiła, widząc osłupienie, malujące się na jego twarzy.

— Ze szczęścia? — nie zrozumiał.

Przytaknęła, pociągając nosem.

— Tak.

Poczuł się zakłopotany i chwilę milczał, nie wiedząc, co powiedzieć. Wreszcie delikatnie starł jej dłonią łzy z policzków. „Aż tak bardzo mnie kochasz?” — wyszeptał do swoich sennych myśli. „A jak, aż do grobowej deski!” Zaczął czule wodzić palcami po jej boskich piersiach i cudownie wklęsłym brzuchu, wreszcie po jej zgrabnych udach.