FANTASTYKA

Fragment trzeci


L

eżał zadumany nad akwenem wypełnionym czystą, podgrzaną wodą. Wyciągnął się w slipach na przypominającym karimatę materacyku. Pod dużym przejrzystym lustrem znaczyła się lekko drgająca powierzchnia dna, pokrytego wielobarwną mozaiką, przedstawiającą rafę koralową. Słyszał cichy plusk uderzających o brzeg drobnych fal. Ogromna pionowa ściana dawała złudny widok na zdobioną palmami złotą plażę i sięgającą aż po horyzont pomarszczoną powierzchnię morza. Rozluźniony i zrelaksowany przyglądał się obytym z wodą pływakom i ich leniwym popisom. Starsze panie w kolorowych czepkach świetnie sobie radziły na pływalni, co nie budziło w nim specjalnego zdziwienia. Obiło mu się bowiem o uszy, że należą do klubu byłych olimpijek. Cieszące się uznaniem złote i srebrne medalistki sprzed lat leciały na kongres, celebrowany z szumem na odległej Europie. Czego się nie robiło, by odświeżyć wspomnienia?

Beatrycze usadowiła się obok niego, siadając i zanurzając stopy w wodzie. Nieoczekiwanie się pojawiła na pływalni i wyrwała go ze stanu zamyślenia. Miała na sobie skąpy strój kąpielowy w kolorze brzoskwini.

— I jak? — zapytał. — Przeżyłyście szok? — kiedy na nią patrzył, miał wrażenie, że przewrotny los poddaje go jakiejś próbie. Sięgał po zakazany owoc i mógł dostać od życia po nosie.

Afrodyta wynurzyła się na sekundę z wody, lustrując z uwagą sylwetkę młodziutkiej tancerki, potem uspokojona zgrabnie odbiła się od brzegu i odpłynęła jak delfin, trzymając się dna.

— Jaki szok? — potrząsnęła głową. Jej włosy, zaplecione tuż przy skórze, kończyły się warkoczykami sięgającymi ramion. — Masz na myśli tych piratów? Krótko rządzili — podsumowała buńczucznie.

— Ach, tak! — skrzywił się.

Uzmysłowił sobie, że nie zdążyły najeść się strachu. Do części pasażerów „Agisa” bowiem jeszcze nie dotarło, co naprawdę się stało. Potrzebowali kilku dni, by ze zgrozą pojąć, na jakiej krawędzi się znaleźli.

— Ta głowa kapitana była prawdziwa? Czy to atrapa? — figlarnie podjęła ten temat. Nie odpowiedział, więc kontynuowała, nawiązując do mitów greckich: — Czy wiesz, że zazdrosny Dionizos nie mógł wybaczyć Orfeuszowi, iż ten oddaje cześć Apollinowi? — objaśniała z taką swobodą, jakby była chodzącą encyklopedią starożytności. — Wysłał przeciw niemu menady, które rozszarpały go na strzępy, a członki rozrzuciły. Wrzucona do rzeki głowa płynęła, śpiewając, aż do wyspy Lesbos. Wyłowiona ze czcią, przepowiadała przyszłość…

— A co tam teraz u mości Orfeusza? — sapnął. — Jak tam jego kalendarz? To dziś, Eurydyko? — usiłował się zorientować.

— Jasne, że dziś. Nie wierzysz, tygrysku? — wyczuła niepewność w jego głosie. Odwróciła głowę w jego stronę i musiał zajrzeć w jej lśniące oczy.

— Ty tu rządzisz — wykręcił się. — Będzie, jak zechcesz. Czy tych twoich koleżanek nie da się wykiwać?

— Coś ty? — zarumieniła się. — Od razu połapałyby się, że to kit…

— Aha! — mruknął. Zrozumiał, że są wystarczająco bystre, by nie dać się oszukać. — Zemsta Apollina — ironicznie mruknął pod nosem. — Czy moje miluśkie mają się wynieść? — ostrożnie dotknął spraw organizacyjnych.

Jej ożywienie przygasło, a w głosie zaznaczyła się dziwna chrypka.

— Wołałabym, żeby wyszły — rzekła ostrożnie. — Sama sobie poradzę… Wiesz, co? — poderwała się. — Za kwadrans muszę być na scenie. Wpadłam tu tylko na chwilkę. Podoba ci się mój strój?..

Stanęła przed nim, zmuszając go tym samym, by się podniósł. Odruchowo wciągnął brzuch, chociaż nie musiał.

— Jasne — odrzekł oczarowany. — Bombowy jak nic.

Jej oczy rozszerzyły się z radości.

— Zatem go kupię. Znalazłam w city. Dziękuję, miśku!

— To do wieczora!

Już miała się odwrócić, gdy nagle sobie o czymś ważnym przypomniała:

— Nie obraź się, ale umawiamy się tylko na jeden raz — zaznaczyła. — Żebyś potem się koło mnie nie plątał — żartobliwie pogroziła mu paluszkiem. — Randki to czyrak na dupie.

— Spoko — zgodził się bez zająknięcia. — Będzie, jak zechcesz — ulegle zadeklarował, jakby był jej nieśmiałym koleżką szkolnym, dającym się z łatwością wodzić za nos.

Pożegnała go gorącym spojrzeniem, które przeczyło temu, co powiedziała i przez chwilę przyglądał się jej gładkim plecom i ślicznym pośladkom. A kiedy już znikła, kpiąco prychnął do siebie:

— Naturalnie, tylko jedna porcja lodów, bo ucieknie z perkusistą, tanie bajery…

Wyciągnął się wygodnie, szukając wzrokiem Afrodyty.