FANTASTYKA

Fragment czwarty


P

otężny obcy statek kosmiczny, mający kształty mocno ściętej piramidy o wyrazistej trójkątnej podstawie pojawił się nie wiadomo skąd. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki majestatycznie wykwitł na niebie, przysłaniając sobą gwiazdy. Drgnął, powoli zmienił pierwotną pozycję, nieznacznie się przybliżył i ustawił się dokładnie nad asteroidą.

— Cud. Istny cud! — Raoul szeptał do swoich myśli.

Odsłoniła się czeluść ładowni i rozpoczęło się pobieranie gruntu. Nieznane siły rozdrabniały nierówną powierzchnię planetoidy. Potężne odłamki kamienne odrywały się, znikając w ciemnym wnętrzu. Wreszcie kosmiczny odkurzacz ściągnął bryłę kamienną z dwójką bezradnych rozbitków. Wessało ich w mroczną czeluść. Czy czekał ich los przypadkowo rozdeptanych mrówek?

Ku ich zdumieniu nie poszli na przemiał. Nadziali się na cichego nadzorcę, beznamiętnie strzegącego wysypu retelitu. Przypominał wynaturzoną, bo nadmiernie rozrosłą ziemską anakondę. Był wężem o tytanicznie wielkim cielsku i przerażonemu Raoulowi przyszło do głowy, że swymi potężnymi splotami potrafiłby zmiażdżyć nawet słonia. W mdłym blasku bezdennej ładowni statku kosmicznego obcych jego mądre oczka świeciły oliwkowo, a pokryta zygzakowatym wzorem skóra połyskiwała jak świeżo wymyta. Lśniące łuski były wielkości ludzkiej dłoni. Jego rozkołysany trójkątny łeb wychylił się w ich stronę. Zdradzający inteligencję gadzi strażnik ze zdumieniem lustrował niecodzienną zdobycz. Nie zamierzał ich jednak połknąć i przepuścić przez swój przydługi układ trawienny, z czym uporałby się bez najmniejszego trudu.

Cicha Afrodyta unosiła się tuż obok swego właściciela w podobnym srebrzysto-platynowym kombinezonie kosmicznym. Potężny dusiciel postanowił rozdzielić tę parę. Nestor rozpaczliwie wyciągnął za nią rękę, ale nie zdążył jej złapać. Porwał ją niewidoczny nurt i odpłynęła, niknąc w mroku i pozostawiając go samotnego jak palec. Został skierowany w inną stronę, zapadając się w ciemność podobnie jak jego madonna. W głębinach statku oblało go nagle ostre złocisto-pomarańczowe światło, stopniowo słabnące i przechodzące w kolor słomkowy, a następnie perłowo-kremowy. Przymrużył oczy, bo mimo filtrów nie mógł patrzeć. Otoczyła go wszechogarniająca biel i pozbawiono go kombinezonu. Pojął, że unosi się nagi, zaś czułe skanery badają jego starcze ciało i zawartość przeciążonego przykrymi doznaniami umysłu. Prześwietlono mu pamięć. W ciągu kilku sekund wróciła cała przeszłość. Zdarzenia z jego życia przewinęły się wartkim strumieniem przed tamtymi i gasnąc, cicho powróciły do jego podświadomości. Jeżeli odbywał się sąd ostateczny, na co wyglądało, to wyrok zapadł na jego korzyść. „Będziesz młodszy!” — triumfalnie zaszeleściło w jego mózgu. Potem Raoul zapadł w sen. Wydawało mu się, że śpi strasznie długo, jakby nadrabiał wieloletnie zaległości. Kiedy się ocknął, był już poza obrębem kolosa obcych. Unoszony przez niewidoczny prąd, płynął ku planetoidzie.

Ściągnięte do statku kamienne okruchy leniwie powracały na asteroidę, łącząc się z nią i wklejając się w jej nierówną poszarpaną powierzchnię dokładnie w tych miejscach, z których je zabrano. Wypełniały sobą labirynty szpar i zagłębień, oblepione ogromną ilością rudy bogatej w retelit. Na opuszczone miejsce trafiła również dwójka bezradnych kosmonautów. Afrodyta nadal żyła i podobnie jak on miała się dobrze, a kiedy ujrzał jej kombinezon majaczący się w pobliżu, poczuł ulgę.

Mediumiczna operacja dobiegła końca i zasłonięto czeluść ładowni. Kosmiczny statek widmo, niby to międzygwiezdny Latający Holender, przepadł w ułamku sekundy, wolny od balastu. Jak nagle wykwitł na czarnym niebie, tak też równie szybko zniknął, wyposażony w cud-napęd, o jakim ludzcy konstruktorzy nie mogli nawet marzyć. Pożegnał ten peryferyjny układ solarny i zaginął w mroźnych pustkach Galaktyki.

Dwójka rozbitków znowu miała nad sobą nieogarniony firmament niebieski. Na szczęście, działały wcześniej niesprawne rakietnice przy kombinezonach, co pozwoliło komandorowi po odlocie obcych ostrożnie spenetrować najbliższą okolicę zajmowanego zagłębienia. Męcząca go depresja ustała. W jego oczach dryfująca poza orbitą Jowisza planetoida nabrała nagle ceny, a on sam poczuł się strasznie ważny. Kąpał się bowiem w retelicie nieomal jak królowa Kleopatra w oślim mleku. Wprost pławił się w tym kosztownym surowcu. Wyobrażał sobie minę zmanierowanego Grooma. Mógł mu zaoferować znacznie więcej niż tamten się spodziewał. Czyż nie zasługiwał na jego rozgrzeszenie?

— Prawdziwa wyspa skarbów — szeptał do siebie w uniesieniu. — Matematyka jest królową nauk. Boże, ależ miałem fart! I że też nie zwątpiłem w siebie. Jestem w czepku urodzony…

Retelitu było na pierwszy rzut oka ze cztery razy tyle, co na planetoidzie, którą odkrył służąc w armii. Szczęśliwy, że mu się powiodło, nie zwrócił uwagi na to, że Afrodyta, kiedy do niej powracał, z niejakim zdumieniem wpatruje się w jego twarz, w półmroku słabo widoczną w oknie hełmofonu. Jakby z jej niezawodną pamięcią coś złego się stało lub w jego wyglądzie coś się naraz zmieniło. Nie mógł jednak sprawdzić, co takiego zrobili z nim obcy, bo nie miał jak. A poza tym nie wydawało mu się to w tych okolicznościach szczególnie ważne. Spodziewał się ubić dobry interes z potworem z Ganimedesa i tylko to się dla niego teraz liczyło.